Thursday, July 23, 2009

Witam. Siedzę sama w domu. Są wakacje. Kilka dni temu przyjechałam z Irlandii, zeby odwiedzić rodzinę. I przedstawić jej mojego super chłopaka. No ale jakoś nie doszło do tego. Jak byliśmy razem w Irlandii można powiedzieć, ze wszystko było stosunkowo w porządku. Ale po przyjeździe niestety powiedział, że nasz związek jemu nie odpowiada. I teraz zamiast spędzać z nim cudowne chwile w moim rodzinnym mieście, siedzę sama w tym domu, w którym miało być nam razem tak wspaniale. Trudno. Nie pierwsza porażka i nie ostatnia. 

Chciałabym tak myśleć. Niestety w głowie układa mi się wiele scenariuszy oraz buduje się poczucie winy. Co zrobiłam nie tak, czy jest jeszcze może coś takiego, co mogę zrobić, by wrócił?

Nie ma nic takiego. Niestety nie istnieje.Już nic nie mogę zrobić. Została mi pustka i układanie sobie życia na nowo. Bez niego, bez jego rzeczy w moim domu, bez naszych planów o ślubie i dziecku...Sama.

Ciekawa jestem, czy był mi pisany ten los. Dlaczego niektórzy w swoich gwiazdach mają zapisane szczęśliwe życie, cudownego męża, piękne dzieci? A ja od 30 lat mam w swoim życiu rozstania. Chwila radości i uniesienia - rozstanie - i znów chwila radości i znów smutek i samotność. Mogłabym zastanawiać się: dlaczego znowu ja, dlaczego znowu taki jest mój los? Ja dookoła siebie nie widzę tylu rozstań. Ludzie potrafią się jakoś dogadać ze sobą, mimo problemów potrafią nauczyć się razem żyć. Czemu nie ja? 

Gdy tak siedziałam z moim chłopakiem ostatnie godziny i cały czas mówił, że z tego już nic nie będzie czytałam książkę. "Kryształowy Anioł". Miałam wrażenie, że nie przypadkowo w tym momencie wpadła mi w ręce. Książka w większości poświęcona była tematowi rozpadów związków, zdrad, niezrozumienia dwóch ludzi. Była bardzo smutna. A ja tak ją czytałam i zastanawiałam się: czemu ja ją teraz czytam? Czy ma mi to dać poczucie, ze nie tylko ja mam źle, że inni też cierpią a tylko ja z tego robię wielkie "halo"? 

Każdy człowiek ma jakieś problemy. Coś, co z zewnątrz wygląda pięknie nie zawsze takie jest po bliższym przyjrzeniu się. Tylko dlaczego ja zawsze wolę patrzeć w górę a nie w dół? Może jest to zdrowe, ambitne żeby równać do lepszego. Ale czy nie przyjemniejsze byłoby porównywanie się do tych, którzy mają gorzej i na tej podstawie budować poczucie własnej wartości? 

Cholera, nie zabrzmaiło to najlepiej. Ani trochę. W mojej głowie układało się to jakoś ładniej. A to przecież tym, co mają gorzej powinniśmy pomagać, może współczuć ale nie cieszyć się z tego, że im się nie układa. Bo z takim uczuciem niestety pojawia się kolejne: jak komuś zacznie się układać, zazdrościmy, jesteśmy wściekli, że nie ma na kim budować swojego poczucia własnej wartości. 

Rozpisałam się bardzo osobiście. Nie wie, czy inni też tak myślą. A może wgłąb siebie patrząc mogą to zauważyć ale nigdy w żadnej formie tego nie wypowiedzą?

Chaos. Stworzyłam myślowy chaos z pustki, która jest we mnie.

I to tyle chaosu, tyle poplątanych myśli.

Do kiedyś.


JEstem introwertyczką. Być może od tazu przy poznawaniu chłopaka powinnam mieć ten napis wypisany na podkoszulce. Albo jeszcze inaczej, bo to może nie być potraktowane poważnie. Może tak: "Cześć, jestem ..... , jestem introwertyczką". Brzmi całkiem, jak alkoholiczką. Tylko czy to taka straszna wada? Mój chłopak uznał, że tak. Że on ze swoim wrodzomym ekstrawertyzmem nie jest w stanie funkcjonować w satysfakcjonującym związku ze mną. Nie określił tego oczywiście w ten sposób "Sory, musimy się rozejść bo ja jestem ekstrawertykiem a ty introwertyczką więc się nie zgramy". To ja wszystko tak analizuję i ja pookreślałam nasze osobowości.

Za kilka dni wracam do Irlandii. Do mojej samotni, której nie potrafię opuścić. I mimo, że nie jestem w niej do końca szczęśliwa to nie potrafię wrócić? Dlaczego tak łatwo było mi wyjechać a tak trudno mi porzucić ten obcy kraj??